Skip to main content

KUP BILET NA WIECZÓR WALK SWD!KUP BILET

BIĆ, CZY NIE BIĆ –
OBÓZ W ZAKOPANEM

Autor: Michał Wójcik
Wszystkie posty autora

Ja wiem, mamo, że to jest nieodpowiedzialne. Świadom jestem niedojrzałości takich wybryków i że w głowie się nie mieści, jak można z wypadającym dyskiem jechać na obóz MMA, gdzie jest mordobicie, łamanie kości i barbarzyńskie krzyki morderców. Ale Ty sobie mamo nie wyobrażasz, jak fajnie było!

Nie miałem złudzeń, że pięć dni bym zniósł, więc pojechałem na dwa i pół. W sumie to z Kamilem pojechaliśmy, bo on też już w moim wieku oraz stopniu inwalidzkim. Albert dojechał dzień później, jako że jest biznesmen i musiał pańskim okiem konia tuczyć. Trochę to było nie fair, gdyż na sparringach nie dość, że młody był i zdrowy, to jeszcze wypoczęty. Ale ja urazy nie chowam, albowiem też się starałem nie przemęczać. Tylko że mi się nie udało.

Dojechali nas bezlitośnie, bo średnia wiekowa obozu oscylowała w okolicach lat dwudziestu i były siły na zamiary. Treningów też nie prowadził pan od wu-efu, tylko krem z kremu z młodej krwi polskiego MMA: Bobrowski, Kotwica i Odzimkowski. Jak ich nie znacie, to sobie wpiszcie w gugle, bo niedługo zrobią to co Bitcoin w dwa tysiące siedemnastym i Wam będzie wstyd za ignorancję.

Jak już wspominałem, świeżutcy wbiliśmy chytrze dnia trzeciego, więc na pierwszym rozruchu nawet nie odstawałem od reszty. Natomiast po przewrotach na pierwszej macie miałem już wszystko wyjaśnione, spuściłem ogon i urządziłem sobie z Kamilem kącik geriatrii. W rogu, pod oknem, żeby nikomu nie przeszkadzać. Było to dobre – jak większości technik nie możesz wykonywać, to te pozostałe szlifują się do znudzenia. A przy tym jest luźno, bo inaczej boli. Byliśmy więc wodą, moi przyjaciele – raz on mi się przelewał przez ręce, raz ja jemu. I tak zapewne będę trenował przez najbliższe pół roku, tudzież życie całe, bo widzę w tym głęboki sens, a nie mam też innego wyjścia.

Wieczorem była stójeczka, na którą zwyczajowo chciałbym spuścić zasłonę milczenia. Jest to temat trudny z powodu dramatycznej dialektyki pomiędzy powszechnym brakiem umiejętności uderzania słabo oraz słabymi umiejętnościami uderzania w ogóle (to ja). Impas przełamałem dopiero dnia trzeciego, gdy z Kamilem zgodnie zdjęliśmy rękawice i poszło na gołe pięści. Mam rękawice do sprzedania, mało używane.

Ale nie uprzedzajmy faktów, gdyż był jeszcze czwartek – apogeum obozu, z dziesięcioma kółkami w pobliskim parku oraz siłownią o dobrej akustyce wyposażoną w Sebastiana Kotwicę. Wymigałem się przepukliną, ale kazali mi asekurować ławeczkę, więc bicki spuchły jak należy. Przy czym daleko było mi do reszty, którą wyżęto do sucha. Myślę, że jeszcze do dziś to czują.

Czuli w każdym razie wieczorem, bo zamiast na maty, jedna trzecia poszła do sauny. Ci zaś, którzy sparowali, kulali się luźno, bez spiny, niczym trzydziestojednolatek z protruzją dysku L5-S1. I wtedy wchodzę ja, cały na biało, z niezerową wydolnością tlenową i jeszcze współpracującymi mitochondriami. Czynniki powyższe, a także litość, jaką staruszkowi okazała młodzież, pozwoliła mi udusić paru ludzi i zmierzyć ruchomość bierną kilku stawów.

W ogóle młodzież na tym obozie to była rzecz wielka i osobny temat. Ci wszyscy staruszkowie z tramwaju, co to narzekają na młodsze pokolenia, powinni kupić rękawice i suspensory (szczęki już mają) i pojechać na parę dni się ponapierdalać.

Parę rzeczy by w końcu zrozumieli.