Skip to main content

06.10 SEMINARIUM MMAZAPISZ SIĘ       10.11 WIECZÓR WALK SWDKUP BILET

Kuchenne historie Drwala
błędy i wnioski

Autor: Tomasz Drwal
Wszystkie posty autora

Moje przygody z jedzeniem to wieloletnia - i całkiem barwna - seria wzlotów i upadków. Mogę powiedzieć, że w tej kwestii wielokrotnie eksperymentowałem na sobie - popełniając błędy i starając się wyciągnąć z nich wnioski. Dzisiaj mam już dużo większe doświadczenie i wiedzę, wynikającą także z pracy z moimi podopiecznymi. Częścią tych "kuchennych" historii chciałbym się z Wami podzielić. Zapraszam na pierwszy wpis w tej serii! 

Nauka na własnych błędach

Jest rok 2010. Jestem po walce w UFC z Davidem Branchem. Zastanawiam się, dlaczego tak zabrakło mi zdrowia? Czemu mnie tak odłączyło? Jakby dosłownie mi ktoś wypiął wtyczkę z prądu. Przecież robiłem słynne huragany na bieżni (rodzaj treningu na bieżni) i było rewelacyjnie...

Dzisiaj już wiem, że głodzenie się, odwadnianie, a później zajadanie się podwójną porcją steków może oddziaływać na samopoczucie i dyspozycję w trakcie walki. Mimo, że to niby tylko 8 lat, to różnica w świadomości zawodników jest ogromna. Wtedy nikt mi nie powiedział, że nie wolno jeść takiej ilości mięsa na raz, bo układ trawienny będzie zbyt obciążony procesem trawienia. Białko to białko, nikt nic nie mówił o uzupełnieniu glikogenu w mięśniach i wątrobie. Co to jest glikogen? Jak się go pozyskuje i za co odpowiada??? Skąd człowiek miał wiedzieć, że na śniadanie w dniu walki nie rekomenduje się raczej kiełby z cebulką, a na dzień przed walką po ważeniu piwo nie jest najlepszym rozwiązaniem... Tak, zdarzały się i takie sytuacje. Wtedy nie uważałem, że to jest coś złego i robiłem sobie nie lada krzywdę przez wszystkie te lata żyjąc w błogiej nieświadomości. Dzisiaj śmiem twierdzić, że jedzenie to kwestia najważniejsza. Dlatego chciałbym się tym zacząć z Wami dzielić. Z czasem zajmiemy się bardziej szczegółowymi kwestiami. Dzisiaj, na początek, kilka luźnych przemyśleń.

Jeść czy nie jeść?

Nasz odwieczny dylemat. Nasza odwieczna walka. Ptasie mleczko, kawka, czekolada do telewizorka, przekąski, chipsy w kinie zapite kolką, a później poczucie winy i haratanie na maszynie, aż monitor pokaże po skończonym treningu, że spaliliśmy tysiąc kalorii w godzinę czy dwie. Gdzie tu logika? Potem w domu przed lustrem łapiesz się za swój kacian, patrzysz i pytasz gdzie popełniłem błąd? Przecież trenowałem? Błąd tkwi właśnie w jakości i ilości paliwa jakie sobie codziennie dostarczamy oraz złych nawykach żywieniowych, a mniej w samym treningu. Bo moim zdaniem, dobra fizyczna forma i zdrowie - nie mówię tu o wyczynowych sportowcach, ale osobach trenujących rekreacyjnie - to w 80 % jedzenie, a w 20 % trening.

Jaką dietę wybrać?

Jednego idealnego wzoru dla każdego nie ma. Trzeba podejść do tego bardzo indywidualnie, uwzględniając swoje samopoczucie i czynniki takie jak m.in. charakter pracy, rodzaj dodatkowej aktywności fizycznej, uwarunkowania genetyczne, problemy hormonalne. To wszystko ma znaczenie. Taka próba doboru właściwego sposobu odżywiania zajmuje trochę czasu, wymaga silnej woli i systematyki, ale warto. Można też po prostu wziąć gotową rozpiskę z internetu i mieć problem z głowy... ale nie warto ;)

Nie jestem też zwolennikiem drastycznych zmian żywieniowych. To musi odbyć się podobnie jak w treningu MMA - zaczynamy powoli, ale systematycznie. Nie możemy rzucać się na głęboką wodę, bo nie każdego stać na to przede wszystkim mentalnie. Z doświadczenia w pracy z osobami trenującymi rekreacyjnie wiem, że trudno jest nagle, z dnia na dzień, przestawić się ze śniadania typu bagietka, masełko, szyneczka, serek, majonezik, biała kawka, itd. Albo przestać zapychać się śmieciami przed snem. Proponuję do wszystkiego dojść krok po kroku. Na początek „tylko” całkowity zakaz spożywania napojów słodzonych oraz korzystania z cukru do kawy czy herbaty w każdej postaci. Jeśli do tego odłożycie też te śliczne odmrażane bułeczki (to też cukier), to momentalnie zobaczycie różnicę w samopoczuciu oraz na wadze. Co jeszcze? A spróbujcie, żeby w każdym posiłku znalazło się coś zielonego. Tu trochę warzyw, tam trochę warzyw... niby nic takiego... cóż, spróbujcie i zobaczycie po kilku tygodniach. Dla wielu z Was to co piszę, to pewnie podstawy, ale uwierzcie mi – jesteście w tej szczęśliwej mniejszości. Większość społeczeństwa ciągle bez większego oporu hołduje diecie opartej na frytkach, coli i mackanapkach.

Ostatnie, ale bardzo ważne – robiąc zakupy w markecie postaraj się wybrać do koszyka tylko takie rzeczy, które nie zostały przetworzone. Zobaczysz, że nie jest to prosta sprawa. Nagle wszystko co dostępne w sklepie zmieści się na dwóch półkach. Ale to bardzo dobrze – po prosty ułóż sobie dietę tylko z tych produktów zgromadzonych na tych dwóch półkach. Reszty jakby nie było. Taki zakupowy eksperyment na początek, żeby trochę zmienić optykę tego, co z dostępnych produktów spożywczych rzeczywiście powinno być spożywane. Tyle na dzisiaj słowem wstępu. Do tematu wrócimy.